Ściema groźniejsza od kłamstwa

Ściema groźniejsza od kłamstwa

Zagrożeniem dla reputacji firmy, osoby czy instytucji może być upublicznienie kłamliwej informacji na jej temat. Jednak większe niebezpieczeństwo stanowią krążące w przestrzeni publicznej bzdury, które są zwykle ignorowane jako niegodne poważnej reakcji. Kampania wyborcza Donalda Trumpa pokazuje, że konsekwentne opowiadanie bzdur to broń o ogromnej sile rażenia.

Już tylko jeden dzień dzieli nas od dnia wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. W nadmiarze analiz i komentarzy, pytanie kogo wybiorą Amerykanie pozostanie zagadką do czasu zamknięcia urn we wtorek, 8 listopada. Po trwającym niemal półtora roku procesie wyborczym dowiemy się w końcu, czy Donald Trump zostanie kolejnym prezydentem USA.

Zdaniem prof. Allana Lichtmana, który trafnie przewidywał wyniki wyborów prezydenckich w USA od 1984 roku, miejsce w Białym Domu trafi do człowieka, który jest „pierwszym kandydatem w historii [USA], stosującym masową konfabulację w trakcie całej rywalizacji”. Donald Trump zgłosił swoją kandydaturę w lipcu 2015 roku i od tego czasu zrobił wszystko, aby dać się poznać jako osoba, która karmi swoich wyborców, cytując powiedzenie ks. Tischnera, „prawdą, świętą prawdą i gówno prawdą”, z naciskiem na tę ostatnią.

Amerykańscy dziennikarze niejednokrotnie wytykali Trumpowi informacje wyssane z palca, które dzień po dniu trafiały do opinii publicznej. Liczba jego błędów, półprawd i wymysłów każe zastanowić się, czy kandydat Republikanów robi to celowo czy nieświadomie. Na obecnym etapie kampanii, kiedy każdy jego krok i słowo jest śledzone i analizowane przez największe światowe media, taka postawa wydawałaby się samobójcza dla polityka mającego aspirację rządzenia najpotężniejszym państwem na świecie.

Wyjaśnieniem tego dziwnego zachowania zajął się m.in. Fareed Zakaria, uznany dziennikarz CNN, który w krótkim nagraniu obnażył bezmyślność kłamstw Trumpa. Posługując się prostymi przykładami, Zakaria udowodnił, że amerykański miliarder często traci kontakt z rzeczywistością i zachowuje się jak osoba określana mianem „bullshit artist”.

W swoim materiale Zakaria powołuje się na słynny esej pt. „On Bullshit”, którego autorem jest prof. Harry Frankurt. Filozof prestiżowego Uniwersytetu w Princeton dokonał istotnego rozróżnienia pomiędzy kłamstwem a tym, co potocznie określa się słowem „ściema” (ang. bullshit). Kłamstwo to świadomy akt, którego cel to zafałszowanie ściśle określonej kwestii. Wymaga ono znajomości faktów i dopasowania przekazu w sposób przydający mu wiarygodności. Natomiast ściema to spontaniczny akt zagospodarowania obcego nam obszaru wiedzy poprzez improwizację, ubarwienie czy grę wyobraźni.

Trump nie jest kłamcą, ponieważ kłamca wie, jaka jest prawda i celowo oszukuje swoich rozmówców. Natomiast kandydat Republikanów i jemu podobni politycy wciskają kit wyborcom często nie mając zielonego pojęcia o rzeczach, o których przychodzi im się wypowiadać. Ich poglądy przesiąknięte są stereotypami, mitami i tzw. „amisiami” (określenie stosowane w przypadku niepopartych faktami opinii, których wygłaszanie zaczyna się zwykle od słów „a mi się wydaje…”).

Oczywiście mijanie się z prawdą to nie tylko problem polityków. W ich wypadku, o ile publicznie prezentują swoje poglądy, łatwo jest przynajmniej o demaskację. Współczesne media potrafią błyskawicznie obnażyć ich niewiedzę lub niezrozumienie problemu. Gorzej, jeśli bzdury trafiają do sfery publicznej poprzez internet, dający ogromną łatwość niekontrolowanej multiplikacji treści.

To kwestia szczególnie trudna dla biznesu, który co rusz natyka się na pozbawione autorów mity i oskarżenia. Trudno jednak, żeby firmy tropiły każdą bzdurę, zwłaszcza jeśli dotyczy ona całego sektora. Dla przykładu, branża piwowarska nie może ścigać każdego klienta, który twierdzi, że browary dodają do piwa żółć bydlęcą zamiast chmielu. Producenci samochodów czy AGD, zajęci rywalizacją o dostarczenie produktu w jak najniższej cenie, nie będą walczyć z komentarzami, że z rozmysłem opracowują produkty, które mają rozpaść się w dniu upłynięcia okresu gwarancyjnego.

Firmy i instytucje słusznie zakładają, że publiczne odpowiadanie na bzdurne insynuacje, najczęściej anonimowe, doprowadziłoby w konsekwencji do dalszego ich upublicznienia. W konsekwencji często decydują się nie komentować bzdur na swój temat, zwłaszcza że skuteczna walka z głupotami rozpowszechnianymi przez nie wiadomo kogo i nie wiadomo czemu może być niezwykle długa i kosztowna.

Nie można jednak nie doceniać konsekwentnie uprawianej ściemy. W artykule „Dlaczego przegraliśmy głosowanie w sprawie Brexitu” Daniel Korski pisze, że przez wiele lat brytyjska opinia publiczna była karmiona wyłącznie negatywnym przekazem na temat UE. Zwłaszcza brukowce sączyły antyunijny jad do uszu Brytyjczyków. Jedna publikacja po drugiej tworzyły przesadzony lub wręcz wymyślony obraz absurdów i porażek UE. Przez cały ten czas nikt z rządzących Wielką Brytanią nie mówił o pozytywach, które niesie ze sobą Unia Europejska. W tej sytuacji trudno było oczekiwać, że kilkumiesięczna kampania „Stronger In” zmieni postrzeganie UE na wyspach.

Są też i dobre przykłady radzenia sobie z tym problemem, np. konsekwencja polskich władz w walce ze stosowanym przez zagranicznych dziennikarzy zwrotem „polskie obozy koncentracyjne”. Nie jest to kłamstwo, bo to nie element świadomej kampanii dezinformacyjnej zachodnich mediów, tylko kompletna bzdura wynikająca z ignorancji lub umysłowego lenistwa konkretnych osób. Jednak wieloletnie wysiłki polskich służb dyplomatycznych pozwoliły uwrażliwić najważniejsze światowe redakcje na tę kwestię, co ograniczyło przypadki stosowania tego szkodliwego określenia.

Tegoroczne kampanie w USA i Wielkiej Brytanii dowiodły, że żyjemy w czasach, kiedy fakty i prawda nie bronią się same. Niezależnie od tego, kto zasiądzie w Gabinecie Owalnym, wprowadzane do przestrzeni publicznej bzdury żyją w umysłach łatwowiernych odbiorców. Co gorsza, ta łatwowierność dotyczy nas wszystkich. Zgodnie z regułą dostępności (availability bias), opisaną przez noblistę Daniela Kahnemana, odpowiednio utrwalony w pamięci przekaz wydaje się nam prawdziwy. Oznacza to, że bzdura powtórzona tysiąc razy przybiera pozory prawdy. Dbałość o własną reputację wymaga żebyśmy o tym pamiętali.


 

Źródło zdjęcia: https://www.donaldjtrump.com/

Jarosław Sutarzewicz

Jarosław Sutarzewicz

Jarosław to doświadczony specjalista ds. public affairs i komunikacji z administracją publiczną. Wcześniej pracował w ambasadzie USA w Warszawie oraz w Polskim Funduszu Kapitałowym. Jest ekspertem w dziedzinie protokołu dyplomatycznego i etykiety w biznesie.

Proponowane